Jak? Jak? Jak?

Minęło kilka dni od mojego ostatniego wpisu, no ale cóż. Sprawy osobiste „wygoniły mnie” na tydzień do USA i nie miałem czasu zająć się blogiem.

Coraz więcej osób pyta mnie w komentarzach i na facebooku o to jak wyjechać do USA. Czy jest tam szansa dla „zwykłego człowieka”? czy start jest trudny? I „jak najłatwiej dostać się do Stanów?”.

Start nie jest trudniejszy niż w Polsce. Moim zdaniem jest o wiele łatwiejszy, ale zawsze ktoś może mieć dwie lewe ręce, liczyć na amerykański łut szczęścia i się przeliczyć. Jednak jeśli ktoś ma chęci – wystartuje.

Ale żeby móc dać sobie szanse, najpierw należy zgłosić się do Ambasady USA po wizę. Podstawową wizą jest wiza turystyczna i to ona jest najłatwiejszym sposobem na dostanie się na terytorium Stanów. Otrzymuje się ją na okres od 6 miesięcy do 10 lat. Jest to tak naprawdę pozwolenie na postawienie swojej nogi na terytorium USA, ponieważ ten właściwy dokument będzie nam wydany dopiero na lotnisku. To tam urzędnik do spraw emigracji przyjrzy się nam, zapyta o kilka podstawowych informacji dotyczących naszego pobytu, czasu jego trwania i planów jakie mamy. Na podstawie tych danych otrzymamy prawo pobytu w kraju. Najczęściej jest wydane na okres 3-6 miesięcy. Przy czym należy pamiętać o 2 rzeczach: po pierwsze w dniu kiedy kończy nam się „przepustka” musimy bezzwłocznie opuścić USA, po drugie jeśli chcemy przedłużyć swój pobyt w Stanach zacznijmy się interesować tym tematem odpowiednio wcześniej, gdyż nie ma tu żadnych terminów przejściowych.

Na podstawie wizyt turystycznej nie możemy pracować (legalnie, bo nielegalnie pracuje w ten sposób wiele osób), uczyć się ani „zamieszkać na stałe”. Z tym ostatnim jest o tyle ciekawie, że możemy kupić sobie dom, ale to czy w nim zamieszkamy i na jaki okres zależy tylko i wyłącznie od otrzymanej wcześniej zgody na pobyt czasowy.

Sam pobyt najlepiej przedłużać będąc już w Ameryce. Jeśli macie dobry, autentyczny, prawdopodobny powód dla którego chcecie pozostać w Stanach dłużej niż zakładaliście, to bez problemu uzyskacie zgodę.

W ten sposób wiele osób latami mieszka w USA, pracuje na czarno i żyje. I tak długo jak jakimś głupim czynem nie wejdą na policyjny bądź urzędniczy radar będą tam spokojnie żyli.

Jeśli jednak chcecie posiadać pozwolenie na prace, otworzą się przed Wami dwie drogi.

Pierwszą jest Zielona Karta. Można ją otrzymać w drodze loterii (losowo wybrani ludzie otrzymują prawo do osiedlenia się i pracy w USA), poprzez ślub z obywatelem Stanów Zjednoczonych bądź też przedstawiając dowody na to, że jesteśmy członkiem rodziny zamieszkującej już terytorium USA.

Wiza z pozwoleniem na pracę to dokumenty wydawane w dwóch przypadkach. Kiedy jesteśmy przedsiębiorcą, który chce zainwestować w Stanach, albo w momencie kiedy otrzymaliśmy zaproszenie do pracy wydane przez Amerykańskiego przedsiębiorcę.

Zasada jest jedna, zawsze: im więcej posiadacie będąc w Polsce, tym większa szansa na pozwolenie na przyjazd i pracę w USA.

Teraz tylko suche fakty, a wieczorem zapraszam na bloga ponieważ chciałbym odpowiedzieć na kilka pytań „o sobie”, jaki przez ten tydzień od Was otrzymałem :)

Czy Coca Cola smakuje lepiej w USA?

Zmieniłem trochę plany na wpis, ponieważ ten wcześniejszy, gotowy, musi spaść gdyż mam problemy z dodaniem fotografii… Ale nic to, odpowiem dzisiaj na pytanie od Was, dotyczące tego za czym co mam w USA tęsknię, gdy jestem w Polsce.

Uwielbiam ciasta, ciasteczka. Babeczki i rogaliki, które robi moja mama, moja babcia. Dlatego kiedy pierwszy raz wylądowałem w US, musiałem poszukać w sklepie tych ich słynnych Chocolate Brownies. Są fantastyczne. Nigdzie w świecie nie jadłem lepszych. To chyba wynika z jakiejś nostalgii, która łączy te ciasteczka ze Stanami. Drugą taką przekąską, która kojarzy mi się „tylko i wyłącznie z tym miejscem”, są krewetki na ostro w Australii. Sprzedawane w rożkach z papieru, coś jak frytki.

„Keep smiling”. Pamiętacie ten film „Szczęśliwego Nowego Jorku”? Sam film jest nudny, ale jest w nim jedna fajna scena, kiedy to Boguś Linda mówi Polakom mieszkającym w NY co muszą zrobić by osiągnąć sukces. Muszą się uśmiechać. Nauczyć się uśmiechać samemu do siebie, bo wtedy inni pomyślą, że uśmiechamy się do nich. Muszą zmienić swój sposób myślenia, zapamiętać że twarz to nie zwierciadło duszy tylko element ubioru. Musi być pogodna, wesoła. Pokazywać szczęście. Bez względu na to co w sercu i duszy. To jest ten Amerykański „keep smiling” za który tęsknię, ten „keep smiling” będący zapowiedzią sukcesu.

Brak płotów, zamków i poczucia konieczności oddzielenia się od otoczenia. Polakom czasy „komuny” wyprały mózgi. „Komuna” chciała nam wmówić, że wszystko ma być wspólne więc kiedy tylko wyswobodziliśmy się z tego strasznego systemu, postanowiliśmy otoczyć się murem, płotem i drzewami. Okalają one każdy dom, są wyznacznikiem ekskluzywności osiedli. Dla Polaków im więcej płotu ich otacza, im więcej zamków rygluje drzwi – tym lepiej. To symbol sukcesu, bogactwa. Kupujemy dom na małej działeczce a następnie nasadzamy: z boku płot i drzewa, sosny. Z przodu brama i tuje. I wypatrujemy, czy aby ktoś okiem nie łypie. Czy nie spogląda, a jeśli spogląda to dlaczego? Co go to interesuje? Tak, jest tak też w Ameryce. Jednak wszystko w skali 1/1000. A im bardziej na południe, tym bardziej wszystko jest otwarte. W Teksasie ludzie nie zamykają samochodów, kiedy parkują pod Wal-Martem. Nie budują granic pomiędzy swoimi domami. Jest działka i każdy wie, że tutaj mniej więcej jest jego a tam sąsiada. Z czego to wynika? Tam po prostu działa prawo. Duży wpływ na to ma też ogólny dostęp do broni palnej. Jeśli wejdziesz komuś na działkę, a ten ktoś poczuje się zagrożony – może strzelić. Pamiętać należy tylko o jednej rzeczy – kiedy już intruz padnie, to w całości musi leżeć na naszej ziemi. Wtedy mamy dowód, że faktycznie nas naszedł. Jak padnie pół na pół – pół u nas, a w połowie na chodniku, to sprawą musi zająć się policja, prokuratura i tym podobni. Generalnie, jak ktoś jest te 2-3 metry za naszą „miedzą” to można strzelać. Dlatego nikt tu nikomu na posesję nie wchodzi.

Kierowcy. Wiecie dlaczego u Nas ludzi gnają po uliczkach, osiedlach i miastach? Bo nie myślą o następstwach. Hipotetyczna sytuacja: jedziesz samochodem w Polsce, na drogę wbiega dziecko. Uderzasz w nie i… i jest sprawa, a jak masz dobrego prawnika to wykręcisz kota ogonem i jakkolwiek by nie było, jesteś w stanie udowodnić, że to wina dziecka, a nie Twoja. W Stanach z automatu jesteś winny. Na Florydzie za bezpieczeństwo pieszego odpowiada kierowca. I czy się to komuś podoba czy nie – to działa. Nawet jeśli znak ogranicza prędkość do 10 mil, Ty jedziesz te 10 mil – i tak to Ty odpowiadasz za bezpieczeństwo kogoś kto idzie chodnikiem. W Polsce ludzie zapominają, że samochód to chyba jedyna na świecie rzecz, z powodu której dobry i uczciwy człowiek może pójść do więzienia na 20 lat. Samochód jest jak pistolet, może zabić drugiego człowieka. I tak jest on traktowany na Florydzie.

Coca Cola. Tam po prostu smakuje lepiej. Jest taka sama, chociaż niektórzy sugerują, że inna. Piję ją hektolitrami, a nigdy różnicy w smaku nie poczułem. Tak jak Wieża Eifela pasuje do Paryża a nie Radomia, tak Coca Cola pasuje do Stanów. Element kultury.

Czy na Florydzie jest PKP

Dostałem sporo informacji na Facebooku, żeby „pociągnąć” dalej temat cen w Ameryce. Zaraz to zrobię, ale na przyszłość tylko jedno zdanie wyjaśnienia.
Nie ma czegoś takiego jak „koszt życia/cena jedzenia itp w Ameryce”. Tak samo jak nie ma czegoś takiego jak „cena jedzenia w Europie”.
Różnice pomiędzy poszczególnymi Stanami potrafią być spore.
To co starczy na spokojne życie na Florydzie okaże się niewystarczające w mieście Nowy York.
Różne są ceny, zarobki, podatki. Dlatego teraz skupię się na Florydzie, ale opiszę kiedyś także jak to wygląda w Texasie i Illinois.

Wspomniałem o tym we wcześniejszym wpisie, ale powtórzę. W Stanach jest taniej niż w Polsce. Dlaczego? Przytoczę kiedyś zasłyszana historię dotyczącą ceny zakupu w salonie sportowego Mercedesa.
Idziesz do salonu, masz gotówkę. W kieszeni powiedzmy 500.000 zł. I za te pieniądze kupisz Mercedesa AMG w Stanach. Żeby kupić ten sam samochód w Polsce potrzebujesz wydać 700.000 zł a w Nowej Zelandii będzie to już 1.000.000 zł. Dlaczego? Wyjaśnił to sam Mercedes mówiąc „w USA ludzie są przyzwyczajeni do tego, że dostają bardzo dużo za jak najmniejszą cenę. Dlatego trzeba im oferować towar jakiego oczekują”.
To co Mercedes straci sprzedając samochód taniej w Stanach, to musi sobie odbić gdzie indziej. Dlatego w Polsce będzie drożej, a w Nowej Zelandii jeszcze drożej.
Z tego też powodu firma Volkswagen, kiedy wyszły na jaw ich machlojki związane z silnikami diesla wypłaciła swoim klientom w USA po 500$ w gotówce + po 500$ do wydania na zakupy w salonie VW.
Klientom VW w Europie, którzy kupili te same wadliwe samochody, nie zaoferowano nawet złamanego eurocenta.

Polak, który jak ma coś kupić to i tak to kupi. Bez względu na cenę. Amerykanina do zakupu trzeba przekonać. Amerykanin nie kupi czegoś tylko dlatego, że sam chce. On oczekuje, że sprzedawca swoją usługą i ceną go do tego przekona.

I ten sposób myślenia, sposób w jaki sami konsumenci zadbali o swoje dobro, wymiernie wpłynął na jakość życia w Ameryce. Ten mechanizm działa, widać go na każdym kroku kiedy porównamy ten sam towar dostępny w Europie i Stanach.

Kiedy dodamy do tego bardzo duży i bogaty rynek konsumentów – będziemy mieli na sklepowej półce cenę o jakiej w Polsce nawet nie śnimy.

Marki, które u nas uchodzą za luksusowe. Które są symbolem sukcesu, blichtru i „zawodowego spełnienia” tam są dostępne dla każdego.
Badania sprzed bodajże 5 lat wykazały, że grupą która najczęściej w USA kupuje telefony firmy Apple jest Murzyńska biedota. Coś co dla europejczyka jest symbolem jakości i statusu społecznego dla jankesa jest zwykłym telefonem. Mogę pracować w McDonalds’ie (o pracy w McDonald’s również napiszę, bo to co o niej mówią w Polsce, w kontekście USA, zupełnie mija się z prawdą) za najniższą krajową, a i tak będzie mnie stać na nowego iPhone. Nieźle, co?

Za najniższą krajową będzie mnie też stać na wynajęcie mieszkania, opłacenie kablówki, telefonu, internetu. Starczy na wyjście kilka razy w miesiącu do kina, knajpy i na dziewczyny.

Nowy samochód, coś pokroju VW Golfa czy Hondy Civic, to dla Amerykanina wydatek 4-5 średnich pensji.

Nieduże mieszkanie na Florydzie, wzięte na kredyt, spłacimy w przeciągu 6-8 lat.

Torebkę LV, kosmetyki YSL i ubrania od Diora? Wszystko to kosztuje przynajmniej 2 razy mniej niż w Polsce.

Płacąc miesięcznie 40$ abonamentu za telefon, za darmo mozna dzwonić wszędzie, nie tylko w obrębie Stanów. Nawet do Polski.

Przyznam się, że będąc w Stanach nie patrzę się na ceny. Na ceny patrzę będąc w Polsce. Patrzę nie dlatego, że mnie nie stać. Patrzę, bo nie lubię przepłacać. Nie lubię być oszukiwany, kiwany, wykorzystywany. Kiedy w Polsce widzę puszkę Red Bulla za 6zł to zastanawiam się „kto o zdrowych zmysłach to kupuje?”. A jednak ludzie to kupują, bo gdyby nie kupowali, to Red Bull musiałby zmniejszyć cenę.
Patrzę na trampki Converse, które kupuję za równowartość 50 zł i nie wierzę jak można zapłacić za nie 200 zł.

Patrzę na spodnie Wranglera – coś tak Amerykańskiego jak Polski jest kotlet mielony. Symbol, który jest symbolem bo każdy go ma. Patrzę na ich cenę w Polsce i znów się zastanawiam „kto to kupi?”

Wy też patrzcie się na to co kupujecie i za ile kupujecie. A kiedy jest drogo, to nie zaciskajcie zębów by kupić.
Nie kupcie.
A z każdym dniem kiedy tego nie kupicie, z każdym dniem rośnie szansa, że… kupicie. Ale w cenie, która będzie oparta o zdrowy rozsądek a nie PKP (czyli jak to nazywam: Polski Kompleks Posiadania).

Wszędzie dobrze – gdzie sobie wymarzymy cz. 2

Tym wszystkim zdziwieniom, oh’om, „garbydżom” i niedowierzaniom cały czas towarzyszyły jednak ciągle powtarzane jak mantra pytania:

– to po co ci ludzie tu siedzą?
– po co to tu kupują?
– dlaczego nie robią nic ze swoim życiem?

Smiałem się w duchu za każdym razem, kiedy zadawał mi to pytanie.

Bezczynność to jedna z narodowych cech Polaków. Nie wścibskość, nie interesowność, ani nawet nie chamstwo.
Tylko bezczynność.

A jest to cecha najgorsza, bo o ile nasza wścibskość koncentruje się w okół innych osób, to bezczynność uderza w nas samych.
Opakowaliśmy ją nawet w „mądrość narodową” powtarzana pod pustym sloganem „przezorny zawsze zabezpieczony”.

Polak gdzieś pojedzie, ale musi mieć zapewnione wygodne lądowanie. Zrobi coś, o ile ma zapewnione powodzenie. Wychyli się, zrobi coś nieoczywistego, o ile będzie miał pewność, że go to nie ośmieszy.
Ale takich sytuacji w życiu nie ma. Czy to w Polsce, czy w Ameryce. Albo coś robimy, albo nie robimy. Albo robimy i dajemy sobie szansę na sukces, albo czekam na te wszystkie zapewnienia – które nigdy nie nadejdą.
A zapytani o powód swojej bezczynności odpowiemy „przezorny zawsze ubezpieczony”.
Jesteśmy przyzwyczajeni do bezczynności. Udomowiliśmy ją, opiekujemy się nią. Tego pasożyta nieszczęścia, biedy, wykluczenia.

A kiedy trafi się ktoś kto podejmie rękawicę. Pomyśli „uda mi się”.. i faktycznie mu się uda. O nim nie powstaną legendy. Nie będzie drogą ani nawet drogowskazem.

Zostanie zamknięty w szafce z etykietką „wszędzie dobrze gdzie nas nie ma”. Jego sukces będzie zbiegiem okoliczności, będzie niezależnym od niego wynikiem czynów jakie podjął. Będzie beneficjentem miejsca w którym się znalazł. Tylko i wyłącznie.

Na Florydzie zrobiłem pierwszy poważny biznes. Za pieniądze które przynosił mi forex (opiszę ten system i sposób w jaki można na nim zarabiać) kupowałem w europie części do samochodów, w specyfikacji europejskiej.
W tym czasie byłem jedyną osobą w Tampa, albo i na całej Florydzie, która zajęła się tym na tak szeroką skalę.
Dlaczego akurat części z europy? Bo Amerykanie mają hopla na punkcie „euro teile”. Jeśli muszą coś wymienić w samochodzie, to wolą włożyć europejski odpowiednik. Mit Amerykanina przywiązanego do amerykańskiej motoryzacji minął jeszcze za Reagana. Skorzystali z tego Japończycy (a teraz korzystają coraz bardziej Koreańczycy zalewając USA Hyundai’ami), skorzystałem i ja.

Przez dłuższy czas wysyłałem do Europy amerykańskie łóżka do solariów. Ładowane na kontener za 1000$ sztuka przynosiły blisko 300% zysk.

Zajmowałem się niezliczoną ilością rzeczy, podejmowałem wiele wyzwań z których pewnie 80% okazała się być niewypałem, ale na pozostałych 20% dorobiłem się dużych pieniędzy. I za każdym razem, gdy w mojej głowie pojawiał się pomysł na kolejny biznes, za każdym razem brałem głęboki oddech, zamykałem oczy i mówiłem sam do siebie „to się uda”.
I obojętnie jak się to potoczyło, za każdym razem miałem przeświadczenie, to kojące uczucie, że wszytko co zrobiłem – zrobiłem sam i dla siebie.

I za każdym razem było mi dobrze. Było mi dobrze właśnie tam gdzie byłem, było mi dobrze z tym co robiłem.
I tego życzę zawsze wszystkim, których spotykam. Z którymi robię biznes. Życzę im, by było im dobrze tam gdzie są. By nie szukali wymówek.

Kiedyś ktoś powiedział jakże mądre słowa „na świecie jest tyle sposobów by zarobić milion, że to wręcz niemożliwe by tego nie osiągnąć”. Pamiętajcie tylko, że ten milion to wcale nie muszą być pieniądze. To może być szczęście, miłość, przyjaźń. To może być wszystko czego tylko pragniecie.

 

 

Wszędzie dobrze – gdzie sobie wymarzymy

Niedawno odwiedził mnie w Polsce znajomy, z Florydy.
Odbierałem go z lotniska we Frankfurcie i jeszcze nigdy tak
dobrze nie bawiłem się patrząc jak zmienia się wyraz twarzy
człowieka, z każdym przejechanym na wschód kilometrem.

Wielu Polaków posługuje się pewną „głupią mądrością” której
sensu nie rozumie nikt, poza nami. „Wszędzie dobrze gdzie
nas nie ma”. Naszą cechą rozpoznawczą jest umniejszanie
cudzych sukcesów lub przypisywanie ich zbiegom okoliczności
lub „natury”. Spotykałem się z tym w Polsce zawsze, w
Stanach tylko kilka razy – ale za każdym razem było to
związane z kimś kto do USA trafił niedawno.
Dla Amerykanina niepojętym jest, by myśleć że nie mamy
wpływu na to co nas otacza, oni nie rozumieją jak można nie
brać swojego losu w swoje ręce. Mówię tu oczywiscie o
rodowitych mieszkańcach Ameryki, nie imigrantach z Ameryki
Południowej.
Zawsze, kiedy Amerykanin widzi sens by ruszyć przed siebie,
dostrzeże nową możliwość bycia szczęśliwym – Polak smęci „wszędzie
dobrze gdzie nas nie ma”. Nie ma sensu by zmienić pracę,
nie ma sensu by wyprowadzić się do innego miasta – wszak
wszędzie tam gdzie nas nie ma i tak znajdziemy te same
problemy, które otaczają nas teraz. Błędne koło.

Mój znajomy przez lata mieszkał w Pensylwanii. Na Floryde
przyjechał z żoną na wakacje… i tak już tu zostali.
Sprzedał swój biznes w Pensylwanii, gdzie był dealerem
samochodowym, miał swój własny salon i zamieszkał w DeLand,
bo tutaj widział więcej szans na rozwój, na większy sukces.
Nie bał się opuścić swoją strefę komfortu, wysunąć nosa
poza znane sobie tereny. Nie obawiał się, że gdzie indziej
może być gorzej. Chciał mieć swój sukces na Florydzie.

Przejechał prawie 1200 mil wiedziony myślą, nadzieją i
chęcią. To wystarczyło by odnieść sukces.

Jechaliśmy autostradą A4 w kierunku Krakowa, mijając
kolejne miasta, miasteczka i wsie. Pewnie wielu z Was
pokonywało tą trasę, widziało to co my. Ale jakże inny był
jej odbiór. Autostrada, ta wielka autostrada która przecina
Polskę wzdłuż, wyglądała jak zwykła droga dojazdowa na
Daytona Beach. Ale to co było dla mojego gościa bardziej
zastraszające to to, co na tej autostradzie mijaliśmy.

– to Ford? Kupuje to ktoś tutaj? powiedział wskazując na
nowe Mondeo
– Tak. Przytaknąłem. Najczęściej w leasing, na firmę.
– A ile to kosztuje?
– ponad 100.000 zł trzeba dać. Ale to na raty, pewnie z
1200 zł na miesiąc?
– A na ile lat?
– Pewnie z 6-8, niezłe jaja co?
– no… w Stanach w 6-8 lat to sobie kupisz ładny dom i
lepszy samochód.

To niesamowite jak człowiek, który spotka się nagle z inną
rzeczywistością staje się zaciekawiony najprostszymi
rzeczami.

Telefonem komórkowym doładowanym za równowartość 40$,
któremu zapłaty starcza na „no chwile pogadałem, kilka razy
zadzwoniłem” rozmów z najbliższymi w Stanach.
(W Stanach za 40$ można rozmawiać każdym, w każdym miejscu
na świecie, bezlimitu – o tym napiszę kiedy indziej)

Domami, które wybudowano na działkach o powierzchni psiej budy.

Koszykami na zakupy, które trzeba odwozić do sklepu.

Samochodem, nowym, na który zarabia się 6-8 lat.

CDN

(CDN nastąpi z powodu mojej przeprowadzki :) Do zobaczenia jutro :) )

Hajs nie problem.

Dla większości ludzi wyjazd do USA zdaje się być bardziej odległy od lotu w kosmos. Sam się na to złapałem, kiedy postanowiłem wyjechać z Polski.
Bardziej przerażała mnie odległość, trochę mniej cena. Chociaż ta nie jest zbyt wygórowana. Za przelot z Polski do Chorwacji czy Anglii płaciłem średnio 300 zł. Za pierwszą podróż do Stanów, coś koło 4000 zł. Jasne, różnica jest zauważalna jeśli ktoś ma 4 osobowa rodzinę i psa. Ale dla kogoś kto wyjeżdża sam, uwierzcie mi, każda złotówka wydana na przelot warta jest swojej ceny.
4000 zł to i tak było za dużo. Dzisiaj wiem, że spokojnie można zejść do 3 z przodu. Po prostu trzeba rezerwować lot poza sezonem. Nie jest to wiedza tajemna, ale warto o tym przypominać, bo w sezonie koszą nas na biletach aż boli.

Kolejne o czym warto pamiętać to wynajęcie mieszkania. Za niezły hotel zapłacicie 100$ za dobę, podczas gdy wynajmując mieszkanie wyjdzie Was w granicy 1000$ miesięcznie. Z wszystkimi opłatami.
Oczywiście, im bliżej do plaży tym drożej. Ja mówię o mieszkaniu z którego można dojść na plażę w nie dłużej niż 20 minut pieszo.

Jeśli chodzi o wydatki na jedzenie, to można przyjąć, że za 100$ przeżyjemy tydzień i to nie oszczędzając. Jasne, wszystko w granicach rozsądku, jednak ta suma w zupełności wystarczy.

Przelicznik jeśli chodzi o wydatki w USA i Polsce jest dość prosty. Jeśli przyjmiemy, że 100$ = 400 zł to w USA za równowartość 400 zł kupimy średnio 20-30% więcej rzeczy niż w Polsce. Tyle.

Jeśli ktoś lubi jadać na mieście to solidny posiłek dostanie za 6$. Kawa w kawiarni to wydatek 3$ a duża kola 1$.

Poza tym, tak z pamięci wymieniając to mięso w USA kosztuje połowę tego co w Polsce. Podobnie jest z kawą i herbatą – ja piję Davidoffa i tak mi to wychodziło. Ale podobnie jest z innymi markami. środki czystości są o 1/3 tańsze, a różnego rodzaje płyny do kąpieli, pasty do zębów i tym podobne co najmniej o 25%. Największa różnica jest w ubraniach, bo za to co w Polsce wydamy na jeansy Wranglera to w USA kupimy spodnie i koszulę tego samego Wranglera, a jak dobrze popatrzymy to na trampki Converse wystarczy. Serio, one kosztują 1/4 tego co w Polsce.
A kiedy chcemy trochę zaoszczędzić i kupić ubrania „budżetowe” (ale nie „marketowe”) to za 50$ ubierzemy się od stóp do głów. Od butów, skarpetek i spodni po koszulkę, bluzę i czapkę.
Jeśli mamy się dalej bawić w „finansologię” to za mieszkanie – ładne, przestronne w fajnej lokalizacji zapłacimy coś koło 70-80.000 dolarów. Domy są trochę droższe, w zależności od położenia i standardu, ale za 100.000$ zamieszkamy w miejscu, które w Polsce uchodziło by za ekskluzywne.

W 2015 roku za dom na Florydzie, niedaleko Daytona Beach, zapłaciłem troszkę ponad 120.000$.
Ciekawostką może być to, że w Stanach nikt nie kupuje nieruchomości osobiście. Wszystko odbywa się za pośrednictwem agentów. Podpisując umowę z pośrednikiem mamy pewność, że nasz dom nie będzie zadłużony, unikniemy problemów związanych ze stanem prawnym (współwłasność i tym podobne historie). To agent wyszukuje nam domu zgodnie z naszymi wytycznymi a także, kiedy już się zdecydujemy na zakup, finalizuje transakcje. Za wszystko płaci sprzedający, ale nie bądźmy naiwni – 1000$ wydany na agenta jest doliczone do ceny domu.

Do tematu jeszcze wrócimy :)

Tampa.

Weszło mi w krew, że gdziekolwiek bym się nie pojawił, w jakimkolwiek nowym miejscu nie wylądował, pierwsze co robię to zwiedzam okolicę. Nie inaczej było, gdy po 9 godzinach lotu wysiadłem na lotnisku Tapma International na Florydzie.
Jasne, na Golfwood dojechałem taksówką. Ale dalej musiałem pójść pieszo. Chciałem się zapoznać, oswoić z miejscem w którym miałem spędzić kilka następnym tygodni lub miesięcy.

Wyjaśnię od razu, że Tampa często bywa określana jako miasto, ale w rzeczywistości można by ją było porównać do Górnego śląska. Jest aglomeracją 3 miast. Wspominam o tym, żeby ominąć sytaucję, w której ktoś mi zarzuci, że całe Tampa pieszo przeszedłem 😉

Nigdy nie planowałem wyjazdu na Florydę. Od dziecka marzyłem o Teksasie, Arizonie. No, ale tam lecąc musiałbym liczyć tylko na siebie (co wcale nie jest takie złe, wbrew pozorom) a na Florydzie czekało na mnie miękkie lądowanie w postaci poznanej jeszcze w Polsce dziewczyny, Eweliny.
Darowanemu koniowi się w żeby nie zagląda, tak mówią. Wybór mógł być więc tylko jeden.

Dodatkową zaletą była możliwość popijania drinków, zupełnie darmowych, na pokładzie samolotu.

US. W końcu się doczekałem!

Jedyne o czym nie pamiętałem to pora roku. Już w 5 minut po wyjściu z lotniska wiedziałem, że pomyliłem się o kilka miesięcy. Na Florydzie w czasie lata panuje klimat niczym połączenie piekarnika, mikrofalówki, suszarki i sauny. A wszystko to razy 2. Gorąco, duszno i wilgotno.
Błękitne niebo, wszędzie dookoła palmy. Czysto i betonowo, ale beton w kolorze piasku więc przyjemny. Pomysłowa rzecz. Nie przypominam sobie bym w Europie widział to gdziekolwiek.

Jasne, są tam też miejsca biedne. A bieda w Stanach potrafi wyglądać tak, że nie jest tego ogarnąć swoim umysłem typowy europejczyk. Jeszcze o tym napiszę szerzej, teraz tylko przedstawię skalę tego problemu. W Polsce mamy jakieś biedne ulice, biedne blokowiska, budynki socjalne. W Stanach biedne są całe wielkie dzielnice. I jest to widok zatrważajacy.

Nie spotkałem jednak żadnego aligatora, którymi mnie tak straszono. Nikt nie darł się za mną „hey, get a car” co w Polsce urosło do rangi mitu pośród ludzi, święcie przekonanych, że w Stanach wszyscy wszędzie jadą samochodem. Nigdy pieszo. Nieprawda. Ludzie spacerują tam tak jak u nas, różnica jest taka, ze życie obraca się w okół swoich osiedli.
Kiedy chcesz coś kupić, zjeść, odpocząć – szukaz miejsca „u siebie, na swoim osiedlu, dzielnicy. A jeśli czegoś nie ma na dzielnicy… dla wielu ludzi oznacza to najczęściej, że nie ma tego w ogóle. I dalszych poszukiwań zaprzestają. Zupełnie jak nie w Europie.
Jedyne czego z początku mi tam brakowało to… zapachu. Tampa nie pachnie. Są miasta, które pachną – jak Barcelona. Są miasta które smierdzą – jak Pekin. A Tampa nie pachnie. Jest jak nowo wybudowne centrum handlowe. Przeszkolne, kolorowe i piękne. Można się do niego przyzwyczaić, można polubić ale nie można zadomowić.

Kopenhaga

rtpohk453[ih

Kopenhaga to miasto darmowych rowerów i atrakcji dla 40-latków z rodzinami. Tak, dla nich będzie to miasto pełne wrażeń.

Pełne placów zabaw, muzeów i wesołych miasteczek. W tym tego najsłynniejszego Tivoli, w którym kręcono film „Gang Olsena”. Mało kto o tym wie, nawet ja nie wiedziałem, dopóki nie przeczytałem o tym na miejscu. Drugi raz mnie to spotkało w Chicago, kiedy czekając aż możliwy będzie przejazd mostem zwodzonym dostrzegłem tablicę informującą, że to przez ten most przeskakiwali swoim Dodge’m bohaterowie filmu Blues Brothers.
Jeśli ktoś chce się poczuć jak mieszkaniec Kopenhagi, to niech daruje sobie komunikacje miejska i taksówki. Najszybciej i najłatwiej dostaniecie się wszędzie na rowerze.
Skala projektu City Bikes jest tu nieporównywalnie większa od tego co mamy we Wrocławiu lub Krakowie. Stacje dokujące są dosłownie wszędzie, a ilość rowerów przytłacza.

Będąc w Kopenhadze koniecznie odwiedzic trzeba port Nyhavn, gdzie zakotwiczone stoją historyczne łodzie, a także wybrać się w południe przed bramy pałacu królowiej, gdzie codziennie o godzinie 12 odbywa się uroczysta zmiana warty.

Miłośnicy spacerów będą zachwyceni wydząc Stoger – najdłuzszy w Europie miejski deptak. Wiele godzin minie zanim pozna się wszystkie tutejsze sklepy i restauracje.
Szczególnie warto odwiedzić te drugie i spróbować lokalnego przysmaku. Sledzi, podawanych na wiele sposóbów. Na słodko i słono, w Curry, miodzie lub w cynamonie.

Nie zapomnijcie też o Sorrebrod, czyli najsłynniejszych kanapakach północnej Europy. Podawane na przeszło 200 sposóbów zachwycają smakiem już od ponad 200 lat.

Ah, i najważniejsze. Jeśli ktoś nie lubi śledzi ani kanapek, zawsze może skoczyć na pieczone mrówki podawane na mchu w restauracji Noma. Jednak tutaj miejsce przy stoliku trzeba rezerwować ze znacznym wyprzedzeniem.

Wieczory w Kopnhadze najprzyjemniej spędzić wracajac do portu w Nyhavn. To tu znajduje się też prawdopodbnie najwieksza atrakcja turystyczna tego miasta. W kamienicy pod numerem 20 znajduje się mieszkanie w którym przed laty mieszkał najsłynniejszy Duński Baśniopisarz – Hans Christian Andersen.

Madryt.

rgnjwio4ejngiof3j4iog2'3

 

Madryt.
Miasto zabawy do samego rana, zabytków i piłki nożnej.

To miasto nie zasypia nigdy. W czasie gdy Polsce mróz, deszcz i śnieg trzymają nas zamkniętych pod kluczem w domu, tam życie tętni niezależnie od pory dnia i nocy.
Madryt jest najwyżej położoną stolicą w Europie, a także jedną z najstarszych.
Głównym jego centrum jest Puerta del Sol. Plac w kształcie owala, otoczony pięknymi XVIII wiecznymi kamieniczkami o delikantych, pastelowych barwach. Pozostałość Arabskich wpływów na Hiszpanię.
To właśnie tutaj znajduje się Hiszpańki „punkt zero”, miejsce od którego mierzy się wszystkie odległości. Tutaj też w Nowy Rok zbierają się madrytczycy by zjeść 12 winogron. Po jednym na każde z uderzeń zegara.
Nie można też zapomnieć odwiedzić Plaza Meyor, „teatru pod niebem Madrytu” gdzie do połowy XIX wieku odbywały się procesy inkwizycji.
Stąd już o krok do Muzeum Prado. Jednego z najwiekszych muzeów na świecie, pełnego olbrzymiej ilości zbiorów malarstwa i rzeźby.
Ale Madryt to nie tylko historia i sztuka. Dziś to przede wszystkim rozrywka. Blisko 50 parków, w których na każdym kroku można natknąć się na domorosłych artystów, najczęściej muzyków zabawiajacych tłumy za „bóg zapłać”.
Olbrzymią popularnością pośród turystów cieszy się Las Ventas. Największa w Hiszpanii arena na której odbywają się walki byków.
A jeśli nie interesuje Cie corrida, to koniecznie udaj się na jeden z dwóch stadionów piłkarskich, jakie są w Madrycie. Santiago Bernabeu to „świątynia” kibiców madryckiego Realu, natomiast Vicente Caderon – Atletico.